Po sromotnej klęsce związanej z uszyciem pseudo fartuszka, postanowiłam skupić się na tym, żeby jeszcze troszkę poćwiczyć ściegi. Zygzakowe. Pokombinować z ich szerokością i długością, zobaczyć, jak się nimi obrzuca brzegi. No i stało się – maszyna się zacięła.

Zaledwie na kilkanaście dni od jej reaktywacji po latach zalegania w kurzu. Pomyślałam, że wystarczy jej porządne smarowanie. Nic. Miętliła w miejscu nić i za każdym razem musiałam z bębenka wyrywać zwichrowane niciowe chwasty. Nic nie szło. Mąż, na miarę swoich możliwości porozkręcał, popatrzył, podokręcał, ale dawało to jedynie krótkotrwałe i mizerne efekty. Przyznam, że w ogóle, jeszcze przed tymi incydentami, czułam, że dość ciężko mi się szyje (jak to było? co złej baletnicy przeszkadza…? smile) i nawet czyniłam pewne poszukiwania celem zorientowania się, jaką ewentualnie maszynę mogłabym kupić w dalszej perspektywie. I wtedy stało się. Ze skrzynki na listy wyciągnęłam gazetkę jednego z dyskontów, gdzie prezentowała się maszyna Silver Crest, w osiągalnej dla mnie cenie. Jak zdążyłam się zorientować, cena ta była absolutnie najniższa jak na podobne urządzenia. I wiecie co – to było to, impuls, ja już wiedziałam. Upewniłam się jeszcze tylko w Internecie, że jest ok, że nie najgorsza, a może i nawet najlepsza dla takich jak ja i wyczekiwałam 26 września, kiedy miała pojawić się na sklepowej półce. Kupiłam i odtąd szyję na – jak dla mnie – wspaniałej, wdzięcznej i niezwykle wyrozumiałej maszynie laughing To prawdziwie MOJA maszyna!

Znajdź mnie

Ostatnie komentarze

Szyję i bloguję