Pierwszą rzeczą uszytą na nowej maszynie uczyniłam torbę na zakupy. Skorzystałam z takiej, którą już miałam, obejrzałam ją dokładnie, zastanowiłam się, jak to odtworzyć i znalazłam ostatni w szafie stary obrus, z którego mogłam to uszyć.


Narysowałam swoją torbę tak, by materiał składać krótszym bokiem, tj. dnem zaplanowanej torby. Następnie złożyłam do prawymi stronami do siebie i zeszyłam po bokach ściegiem prostym, a powstałe brzegi obrzuciłam ściegiem owerlokowym. Wycięłam też paski na ramiona torby. Nie miałam kompletnie pomysłu, jak byłoby najlepiej je poskładać i oczywiście, jak to ja, wybrałam chyba najgorszy z możliwych sposób. Złożyłam je do siebie prawymi stronami i zszyłam. Potem miałam jedynie przewlec je na prawą stronę. Paski wycięłam jednak tak cienkie, że ciężko było nawet zacząć laughing Z odsieczą przybył jednak mój Mąż i do jednego końca przypiął agrafkę, i tak przeciągał ją biedaczyna przez pół godzinki smile
Wywinęłam górny brzeg torby na prawo raz i potem jeszcze drugi w ładnie wykończoną zakładkę. Ramiona torby włożyłam pod tę zakładkę, żeby je potem po zaszyciu nie było widać i wszystkie spięłam szpilkami. Używając wysięgu/rękawa na maszynie, przeszyłam górną zakładkę torby dookoła. Brzmi fantastycznie, prawda? Co mogło pójście nie tak? Otóż…

Tak, przyszyłam na opak ramiona. Jak szelki! tongue-out
Po kilku dniach uszyłam drugą torebeczkę, wg tego samego sposobu, ze spódnicy kupionej za grosik w sklepie typu second-hand. Musiała być mniejsza z uwagi na ograniczoną wielkość kupionej spódnicy. Dziwnie mi się szyło, bo materiał być piekielnie śliski, ale jakoś poszło. Tym razem dobrze przyszyłam paseczki smile

Znajdź mnie

Ostatnie komentarze

Szyję i bloguję