Jak to się stało, że przez te kilka miesięcy mojej przygody z szyciem nie miałam igielnika? Trudno mi to wytłumaczyć smile Do tej pory szpilki w trakcie szycia wrzucałam do pudełeczka, niekiedy celnie, niekiedy niestety nie… W związku z powyższym, mając jeszcze troszkę kolorowych resztek tkanin w zanadrzu, postanowiłam przygotować dla siebie najprawdziwszy igielnik smile

 

Zadecydowałam o tym, że igielnik będzie w kształcie koła. Przygotowałam na papierze wykrój odrysowując go od kuchennej miseczki, przygotowałam także wykrój 1/6 części koła, z takich bowiem miała zostać przygotowana wierzchnia warstwa igielnika. Do tych części dodałam 1-centymetrowe zapasy (pomijając część z wierzchołkami) i wycięłam wszystko z moich tkanin.

Następnie zaczęłam zszywać po kolei ze sobą wszystkie części koła.

A gdy zszyłam je już wszystkie ze sobą, rozprasowałam szwy.

Zapasy szwów skróciłam.

I przyłożyłam do spodniego kółka – różniły się kształtem jedynie nieco wink

Złożyłam warstwy materiałów prawymi stronami do siebie i zszyłam dookoła pozostawiając część koła niezszytym.

Skróciłam zapasy. Niestety, zapomniałam je ponacinać frown Proponuję o tym pamiętać w przypadku wykonywania podobnego projektu wink

Wywróciłam igielnik przez pozostawiony otwór na prawą stronę.

Wypchałam igielnik najzwyklejszą watą.

Otwór zaszyłam na maszynie – chciałam ręcznie ściegiem krytym, ale nie szło mi kompletnie wink

Na wierzch doszyłam guziczek i mogłam uznać pracę za zakończoną!

I od razu powiem – wata to jednak nie jest najlepsza opcja do wypełnienia – jest zbita, nie jest elastyczna, igły wbijają się w nią dość różnie… Ale i tak jestem zadowolona z efektu wink

Znajdź mnie

Ostatnie komentarze

Szyję i bloguję