Marzył mi się naprawdę duży projekt… Przyszło mi do głowy, że przecież chciałabym mieć jakąś porządną narzutę na łóżko. A jak narzuta, to tylko patchworkowa! Tym sposobem, postanowiłam ponownie spróbować swoich sił w tej dziedzinie szycia smile Tym razem jednak, nie chciałam patchworku z resztek tkanin zalegających w mojej szafce. Chciałam patchworku z prawdziwego zdarzenia. Wyśnionego i przemyślanego!

W pierwszej kolejności wymyśliłam szacunkowy rozmiar narzuty, potem znalazłam sześć tkanin, które chciałam wykorzystać, podzieliłam zaplanowaną powierzchnię roboczą na kwadraty i jednocześnie ułożyłam w głowie (a raczej w tabeli w Excelu) określony wzór, w jaki miały być ułożone. Tak powstał projekt:

Potem wystarczyło już tylko policzyć, jak dużo każdej z tkanin mi trzeba (z pierwszych - nieudanych rzecz jasna - obliczeń wyszło mi, że z każdej tkaniny będę potrzebowała jakieś kilkanaście metrów :D już nawet tego nie skomentuję!), a ile lamówki. Dodałam do tego jeszcze tylko bawełniany wkład do patchworków i tkaninę na podbicie. Wyczytałam, że przy pikowaniu po prostej, a taką czynność miałam zaplanowaną, najlepiej sprawdza się stopka z górnym transportem, więc takową nabyłam.

Ahhh, nie wspomniałam o najważniejszym! Niedawno w prezencie otrzymałam samogojącą matę do cięcia i nóż rotacyjny! Sprzęt nie do przecenienia w patchworku i nie tylko smile

Wycięłam zatem 198 kwadratów z moich sześciu tkanin, z każdej z nich dokładnie po 33. Dzięki macie i nożykowi rotacyjnemu, zajęło to niewiele czasu (w porównaniu do rysowania kwadratów na tkaninie i ich późniejszego wycinania nożyczkami, w wartości bezwzględnej zaś zajęło mi to dwa wieczory smile).

Potem zszywałam cierpliwie wszystkie rzędy mojej narzuty, uważając, by nie pomylić kolejności żadnego z kolorów wink Każdy rząd rozprasowywałam. Z rzędów zaś powstały coraz to dłuższe panele, aż wreszcie wszystkie kwadraty zostały zszyte! Wszystko było sukcesywnie rozprasowywane.

Następnie trzeba było podjąć się karkołomnego zadania połączenia trzech warstw – patchworku, wkładu bawełnianego i tkaniny do podbicia – w jedną całość, czyli tzw. „kanapkę”. Nie wyobrażam sobie, by mogłoby się to udać bez kleju do tkanin. No nie wyobrażam sobie tego! Może są ludzie z większym doświadczeniem, którzy spinają warstwy szpilkami czy agrafkami i nic się nie przesuwa, ale na pewno nie jestem to ja laughing Klej do tkanin musiał wymyślić geniusz! Sklejając warstwy należało dbać o to, by nie robić zmarszczek – ale klejenie mimo dużej powierzchni materiałów szło naprawdę sprawnie.

I tak przygotowaną kanapkę wystarczyło już tylko przepikować. Przeszywanie środkowych części „kanapki” to naprawdę bezcenne doświadczenie – materiału między stopką maszyny a jej prawą częścią z mechanizmem jest tak dużo, że człowiek sam już nie wie, czy i jak prowadzi ścieg i w ogóle dokąd to wszystko zmierza laughing

Po tych zabiegach pozostała już tylko pestka – obcięcie nadmiaru tkaniny podbiciowej oraz wkładu po bokach i przyszycie niemal 8 metrów lamówki.

Kiedyś pisałam, że patchwork nie jest dla mnie – dziś mogę powiedzieć jedno – patchwork nie jest wyłącznie dla tych, którzy nie mają do tego odpowiednich narzędzi, które bajecznie ułatwiają pracę! Ta technika jest absolutnie dla każdego. To prawda, że wymaga cierpliwości, ale w powtarzaniu tych samych czynności po raz n-ty jest coś kojącego wink

Przedstawiam Wam moją patchworkową narzutę (niestety zdjęcia wyszło nieco niewyraźnie)!

Znajdź mnie

Ostatnie komentarze

Szyję i bloguję