Mam słabość do stylu vitage. Dlatego kiedy kilka miesięcy temu zobaczyłam wznowienie sprzedaży numeru Burdy Vintage Lata 60-te, bez wahania nabyłam ten egzemplarz smile

Do uszycia z tego numeru wybrałam model Jane. Prostą, wdzięczną i dziewczęcą formę sukienki. Zrezygnowałam jedynie z paseczka idącego od dekoltu aż po talię – chyba bardziej z lenistwa niż z powodu tego, że mi się nie podobał wink

Jak to u mnie, szycie przebiegało z przygodami. W pewnym momencie zamotałam się (tj. myślałam najwyraźniej o „niebieskich migdałach”), czy mam zszywać najpierw pasek z częściami góry sukienki czy też dołu i w efekcie zamieszania i zamyślenia z przodu zszyłam pasek z górą, z tyłu zaś z dołem laughing Wyobraźcie sobie moją konsternację, kiedy sobie to uświadomiłam!

Nie chciałam pruć, bo wydawało mi się, że materiał to źle zniesie i zadecydowałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie uszyć cały przód osobno i cały tył osobno i potem dopiero je połączyć… W jednym boku wyszło równo, w drugim mam lekkie przesunięcie szwów na pasku, no ale… mówi się trudno i żyje się dalej!

Gdy wszyłam zamek, przycięłam górne jego taśmy – co by nie „gurguliły” się pod odszyciem – a następnie pociągnęłam do góry bez namysłu suwak, a ten oczywiście wypadł z ząbków! Znów zadziały najwyraźniej „niebieskie migdały” laughing Poratował mnie mój nieoceniony Mąż, który cudem zamontował na ząbkach zamka ten nieszczęsny suwak bez żadnego uszczerbku na samej sukience wink

Klątwa „niebieskich migdałów” ujawniła się i po raz trzeci, kiedy wykańczałam radośnie sukienkę na owerloku – w pewnym momencie przez nierozwagę pod stopkę powędrował mi fragment spódnicy!
I nawet trochę go przeszyłam tym owerlokiem, taki kawalątek. Szczęśliwie – bo tacy jak ja mają najwyraźniej więcej szczęścia niż rozumu – spódnica nie została uszkodzona nożykiem owerloka. Ufff! Podziubałam trochę i sprułam niepotrzebne nici, prawie nic nie widać.

Odszycie wyszło ok, ale mimo przyszycia go do zapasów, zaprasowania i "odprawienia czarów" nad nim, wiecznie wyłaziło do góry, w szczególności z przodu. W kilku miejscach ręcznie szyjąc przymocowałam je zatem do samego korpusu sukienki. Póki co, zdaje to egzamin.

Sukienka podoba mi się, oczywiście nie ze względu na kunszt jej uszycia – takie zjawisko bowiem, umówmy się, w tym przypadku na pewno nie występuje – ale na jej prościuteńką formę. Jest taka wdzięczna! Teraz tylko wyglądać wiosny, bo jednak zima nie sprzyja jej noszeniu...

W środku sukienka wykończona została owerlokiem.

P.S. A u Was jak to jest z tymi „niebieskimi migdałami” w czasie szycia? wink

Znajdź mnie

Ostatnie komentarze

Szyję i bloguję